By Paweł Landwójtowicz
Published on June 11th at 7:00pm
Fajka, czyli pochwała powolności
Są przyjemności, które można skonsumować w biegu — kawa z papierowego kubka, podcast na podwójnej prędkości. I są takie, które stawiają warunek: albo zwolnisz, albo nic z tego nie będzie. Fajka należy do tych drugich. Może właśnie dlatego, w świecie nieustannego pośpiechu, tak mnie ostatnio zaciekawiła.
Rytuał, którego nie da się przyspieszyć
Fajki nie pali się „przy okazji". Trzeba wybrać tytoń, powoli ubić go w główce — nie za mocno, nie za luźno — przypalić, poprawić, przypalić raz jeszcze. A potem pilnować rytmu: kto się spieszy, tego fajka gaśnie albo pali za gorąco. Odkryłem w tym coś zaskakująco bliskiego życiu duchowemu. Tu też nie ma drogi na skróty; tu też pośpiech wszystko psuje. Brewiarz odmówiony „na szybko" i fajka wypalona „na szybko" mają ze sobą więcej wspólnego, niż mogłoby się wydawać — w obu przypadkach coś niby się wydarzyło, a jednak nas przy tym nie było.
Godzina, która należy do myślenia
Nie będę nikogo namawiał do palenia — to nie jest wpis o tytoniu, tylko o tym, co tytoń przy okazji odsłonił. Fajka starcza na dobrą godzinę i ta godzina ma swoje wymagania: trzeba usiąść, najlepiej z książką albo z własnymi myślami. Nie da się przy niej scrollować telefonu — fajka domaga się ręki i uwagi. Lubił to Tolkien, lubił Clive Staples Lewis; podejrzewam, że nie chodziło im o dym, tylko właśnie o ten rodzaj zatrzymania, w którym myśli przestają się ścigać i zaczynają układać. Każdy z nas potrzebuje takiego „urządzenia do zwalniania" — dla jednych będzie to spacer, dla innych łowienie ryb, dzierganie na drutach albo pielenie grządki.
Na koniec — praktycznie
Pytanie nie brzmi: palić czy nie palić. Pytanie brzmi: co w Twoim życiu zmusza Cię do zwolnienia? Jeśli nic — może warto coś takiego znaleźć. Godzina powolności w tygodniu to nie luksus. To higiena duszy.