By Paweł Landwójtowicz
Published on June 16th at 4:25pm
Falochron, czyli kto bierze na siebie falę
Stałem na brzegu w paskudną pogodę — wiatr kładł trawę na wydmie, a morze było ciężkie, ołowiane, wściekłe. Zrobiłem zdjęcie z długim czasem naświetlania i kiedy potem na nie spojrzałem, woda zamieniła się w mleczną mgłę, prawie spokojną. Ale pale falochronu znają prawdę: każda z tych fal uderzyła w nie całym ciężarem.
Falochron nie zatrzymuje morza
Falochron nie ma mocy uciszyć sztormu. Nie zatrzyma ani jednej fali — morze i tak zrobi swoje. A jednak coś robi: bierze uderzenie na siebie i je łamie. Za palami woda jest niższa, wolniejsza, jakby ktoś wypuścił z niej powietrze. Ten wąski pas ciszy tuż za pierwszą linią to cały sekret falochronu.
Myślę, że tak właśnie wygląda towarzyszenie drugiemu człowiekowi. Ani ksiądz, ani terapeuta, ani przyjaciel, ani współmałżonek nie ma mocy uciszyć cudzego sztormu. Nie odwołamy choroby, nie cofniemy straty, nie wyprostujemy za kogoś jego trudnej historii. Ale możemy stanąć w pierwszej linii i przyjąć część uderzenia — tak, by za nami został choćby wąski pas wody, w którym drugi złapie oddech.
„Jeden drugiego brzemiona noście" (Ga 6,2)
Apostoł nie pisze: zdejmijcie z siebie brzemiona. Pisze: noście — wspólnie, ramię w ramię. Brzemię zostaje brzemieniem; zmienia się tylko to, że nie trzeba dźwigać go samemu.
Pojedynczy pal długo nie ustoi
Na zdjęciu widać jeszcze jedno: pale stoją w rzędzie. Najdalszy, nieco osobno, ledwie wystaje z piany — i właśnie jemu jest najtrudniej. Falochron trzyma się nie dlatego, że każdy pal z osobna jest mocny, lecz dlatego, że stoją razem i dzielą między siebie napór. Wyrwij jeden — sąsiednie dostaną więcej. Wyrwij kilka — linia puszcza.
To nie jest sentymentalna prawda o tym, że „razem raźniej". To prawda o budowie. Małżeństwo, rodzina, wspólnota Kościoła trzymają się na tej samej zasadzie, co rząd pali: są wspólnotą osób, które nawzajem łamią dla siebie falę. Każda osobna, każda potrzebna, żadna sama. Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby nikt w naszej parafii nie stał w morzu pojedynczo.
Na koniec — praktycznie
Wróćmy jeszcze do tej długiej ekspozycji. Wzburzona woda wyszła na zdjęciu jak spokojna mgła — nie dlatego, że morze się uciszyło, ale dlatego, że dałem mu trochę czasu. Bywa podobnie z nami: nasz osobisty sztorm wygląda dziś jak ściana chaosu, a po tygodniach, po rozmowie, po modlitwie ten sam obraz okazuje się znośny do popatrzenia. Czasem nie trzeba uspokoić morza — trzeba mu dać dłuższą chwilę.
Zostawiam dwa pytania. Kto jest Twoim falochronem — kto bierze na siebie część fali, gdy Tobie jest ciężko? I drugie, trudniejsze: dla kogo w tym tygodniu mógłbyś nim być Ty?