By Paweł Landwójtowicz
Published on June 18th at 12:00am

Jestem pogodzony w sobie i ze sobą — z tego rodzi się pokój, wdzięczność i wyrozumiałość…

Na brzegu morza ułożyłem trzy kamienie, jeden na drugim. Trzymają się nie dlatego, że je czymś przymocowałem, ale dlatego, że każdy znalazł swój punkt równowagi. Patrzę na nie pod słońce i myślę, że z człowiekiem jest podobnie.

Krucha równowaga

Te kamienie nie trzymają się siłą. Żaden nie jest przybity, sklejony ani wciśnięty. A jednak stoją — bo każdy oparł się na drugim dokładnie tam, gdzie ma swój środek ciężkości. Wystarczy minimalnie przesunąć, a wszystko się rozsypie.

Bycie pogodzonym ze sobą jest właśnie taką równowagą. Nie chodzi o to, by niczego w sobie nie mieć — żadnej rysy, żadnego pęknięcia, żadnej trudnej przeszłości. Chodzi o to, by to wszystko ułożyć tak, by się nawzajem podtrzymywało, a nie przewracało. Pokój nie rodzi się z tego, że jestem idealny, lecz z tego, że przestałem ze sobą walczyć.

„Wyciszyłem i uspokoiłem moją duszę; jak dziecko u swej matki” (Ps 131,2)

Psalmista nie mówi: „nie mam już żadnego niepokoju”. Mówi: wyciszyłem, uspokoiłem — to czynność, decyzja, czasem wielokrotna. Pogodzić się ze sobą to nie stan, który raz się osiąga, lecz codzienne układanie kamieni od nowa.

Z pokoju rodzi się wdzięczność

Na szczycie ułożonych kamieni położyłem mały bursztyn — drobny, przejrzysty, rozświetlony słońcem. Kropla żywicy, która dojrzewała w ciemności całe wieki, aż morze wyrzuciło ją na brzeg jako światło.

Bursztyn rozświetlony słońcem na szczycie kamienia

Kiedy jestem w zgodzie ze sobą, łatwiej dostrzegam takie drobiny. Wdzięczność nie jest naiwnym „wszystko jest dobrze” — jest umiejętnością zauważenia, że mimo wszystko dostałem więcej, niż mi się należało. Człowiek skłócony ze sobą liczy braki; człowiek pogodzony — liczy dary.

…i wyrozumiałość

I jeszcze jedno. Kto nie walczy już ze sobą, ten przestaje walczyć z innymi. Przestaję wymagać, by drugi dźwigał moją nierównowagę, by nadrabiał to, czego sam sobie nie wybaczyłem. Wyrozumiałość wobec ludzi zaczyna się od wyrozumiałości wobec siebie — nie od pobłażania, lecz od łagodności.

Dlatego pokój ze sobą nie jest egoizmem ani zamknięciem. Jest fundamentem, na którym dopiero można przyjąć drugiego. Trudno podać komuś rękę, gdy pięść jest zaciśnięta na własnych pretensjach.

Na koniec — praktycznie

Słońce schodziło właśnie nad wodę, gdy robiłem te zdjęcia. Dzień się domykał — bez pośpiechu, bez krzyku.

Zachód słońca nad morzem z odbiciem na mokrym piasku

Zostawiam jedno pytanie i jedno proste ćwiczenie. Pytanie: z czym w sobie wciąż się szarpię — i czy naprawdę muszę? A ćwiczenie na miarę zachodu słońca: zanim zaśniesz, ułóż w myślach trzy „kamienie” minionego dnia — trzy rzeczy, za które jesteś wdzięczny. I połóż na nich jeden mały bursztyn: jedną rzecz, którą dziś sobie wybaczasz.

© 2026 Paweł Landwójtowicz, All rights reserved.