By Paweł Landwójtowicz
Published on July 13th at 12:00am
Siewca wyszedł siać…
Słowa mają swoją wartość i moc. Mogą otwierać nas na drugiego człowieka albo boleśnie ranić. A jest jeszcze jedno Słowo — nieustannie zasiewane w nas hojną ręką — które nie wraca puste. Pytanie tylko, jaką glebą jest dzisiaj moje serce.
Słowa zamykają w sobie i przekazują nasze myśli, uczucia, całą naszą osobę. Kształtują wnętrze każdego z nas — mogą wyzwalać i otwierać na drugiego człowieka, ale mogą też stawać się powodem podziałów. Święty Jakub pisze wprost: „Językiem wielbimy Pana i Ojca, i nim przeklinamy ludzi, stworzonych na podobieństwo Boże. Z tych samych ust wychodzi błogosławieństwo i przekleństwo" (Jk 3,9-10). Warto się dziś zatrzymać i zapytać: jak posługuję się słowem? Czy nie zdarza mi się mówić, by kogoś zranić, zamiast by mu pomóc?
Siewca, który nie oszczędza ziarna
W Ewangelii Jezus wchodzi do łodzi, siada, a lud stoi na brzegu i słucha. Staje się Siewcą, który sieje Słowo — i to Słowo dociera dziś także do nas. Chce nas przekonać o jego wielkiej wartości: że wiara rodzi się z tego, co się słyszy, że Słowo naprawdę porusza serce.
A jednak bywamy oporni. Kiedy Bóg zdaje się milczeć, pytamy: „Boże, dlaczego jesteś tak daleko? Dlaczego moje życie jest jakby bezowocne?". Przypowieść pokazuje jednak, gdzie naprawdę leży problem — nie w milczeniu Boga, lecz w glebie naszego serca.
Warto zauważyć coś jeszcze. Żaden rozsądny rolnik w czasach Jezusa nie siałby ziarna na udeptanej drodze, na skale czy wśród cierni — tam z góry wiadomo, że nic nie wyrośnie. A jednak Siewca sieje wszędzie, bez wyliczania, bez oszczędzania ziarna. To obraz Boga, który nie czeka, aż staniemy się idealną glebą, zanim zacznie nas obdarowywać Słowem. On sieje w nas hojnie, nawet gdy wie, że część ziarna nie wyda owocu — bo liczy się dla Niego każda, choćby najmniejsza, szansa na plon.
Cztery gleby — cztery serca
Bywamy drogą, gdy słowo w ogóle do nas nie dociera. Słuchamy czytań podczas Mszy z roztargnieniem, jakby przelatywały obok nas, a przecież przez nie mówi do nas sam Bóg. Uważamy, że i tak wiemy lepiej — i ziarno ginie, zanim zdąży skiełkować, zabrane jak przez ptaka.
Bywamy skałą, gdy przyjmujemy słowo z entuzjazmem, ale bez korzeni. Wystarczy trudność, zmęczenie, kryzys — a nasza wiara usycha, bo nigdy naprawdę nie sięgnęła w głąb.
Bywamy ziemią zarośniętą cierniami. Troski o dom, pracę, wychowanie dzieci, o jutro — to sprawy same w sobie dobre i ważne. Ale kiedy zajmują całe serce, zagłuszają w nas głos Boga. Nie dzieje się to zwykle ze złej woli — po prostu łatwiej jest iść przez życie, nie zawracając sobie głowy czymś więcej. To nie musi być powód do wyrzutów sumienia, ale zasługuje na uczciwe spojrzenie — i na decyzję, by czasem zwolnić. Bo wtedy odcinamy się od słońca, bez którego żadna roślina nie urośnie — od samego Jezusa.
Deszcz, który nie wraca bezowocny
Prorok Izajasz przypomina nam coś ważnego:
Podobnie jak ulewa i śnieg spadają z nieba i tam nie powracają, dopóki nie nawodnią ziemi, nie użyźnią jej i nie zapewnią urodzaju (…), tak słowo, które wychodzi z ust moich, nie wraca do Mnie bezowocne, zanim wpierw nie dokona tego, co chciałem (Iz 55,10-11).
A dzisiejszy psalm dodaje: „Nawiedziłeś swą ziemię i nawodniłeś ją, wzbogaciłeś ją niezmiernie" (Ps 65). Bóg nie zostawia nas samych sobie — deszcz Jego Słowa wciąż pada, nawet gdy czujemy się dziś wewnętrznie wyjałowieni.
Dobra ziemia i cierpliwość wzrostu
Jest przecież jeszcze czwarta gleba — dobra ziemia. To serce, które znajduje choćby chwilę ciszy, by wrócić do usłyszanego słowa: przy porannej kawie, w drodze do pracy, wieczorem przed snem. To serce, które pyta: co Bóg chciał mi dziś powiedzieć przez to czytanie? Takie serce — nawet zmęczone, nawet zabiegane — wydaje plon: trzydziesty, sześćdziesiąty, stokrotny.
Mówi się, że pewien gatunek chińskiego bambusa przez pierwsze pięć lat po zasianiu w ogóle nie wychodzi ponad ziemię. Ogrodnik podlewa go i nawozi, choć z zewnątrz nie widać żadnego efektu. A potem, w ciągu zaledwie kilku tygodni, roślina wystrzeliwuje kilkanaście metrów w górę. Przez cały ten czas korzenie rosły pod ziemią, niewidoczne, budując system zdolny utrzymać taki wzrost. Może właśnie tak wygląda dobra ziemia naszego serca — wzrost, którego nie widać od razu, ale który się dokonuje, jeśli tylko nie przestajemy podlewać go dobrym Słowem.
Zapytajmy więc dziś siebie: jakim jestem podłożem dla Słowa Bożego? A może warto zacząć od małego kroku — od jednego wersetu dzisiejszego czytania, do którego wrócę myślą jeszcze przed wieczorem?