By Paweł Landwójtowicz
Published on July 15th at 12:00am
Z dawna Polski Tyś Królową…
Są drogi, które przemierza się raz i zapomina. I są takie, na które wraca się co roku — przez osiemdziesiąt lat, pokolenie po pokoleniu. Taka droga prowadzi z Nowego Lasu na Jasną Górę. Nie wytyczyła jej turystyka ani moda. Wytyczyła ją wdzięczność.
Ślub, którego nikt nie spisał
W 1945 roku moi Przodkowie stracili wszystko. Musieli zostawić Kozową — swoje domy, pola, groby bliskich — i ruszyć na zachód, w nieznane. Trafili do Nowego Lasu na Opolszczyźnie: do obcych ścian, obcego krajobrazu, do miejsca, które dopiero trzeba było nauczyć się nazywać domem.
Można było w takiej chwili mieć do Boga pretensje. Oni zrobili coś odwrotnego. Rok później, w 1946, pojechali na Jasną Górę — podziękować. Nie prosić o odszkodowanie za utracone, lecz podziękować za to, że przeżyli. Że są razem. Że mają gdzie zacząć od nowa.
To wciąż mnie porusza. Ludzie, którym odebrano niemal wszystko, uznali, że mają za co dziękować.
Poszli do Niej — do Tej, którą od dawna nazywamy Królową. Może dlatego, że wygnańcy instynktownie szukają Matki. A może dlatego, że na Jej twarzy widnieją blizny — i łatwiej zaufać Komuś, kto sam nosi ślady po ciosach.
Chłopiec obok Taty
Na tę drogę zabrał mnie mój Tata. Byłem kilkuletnim chłopcem i, prawdę mówiąc, niewiele wtedy rozumiałem z teologii pielgrzymowania. Pamiętam za to inne rzeczy: że wstawaliśmy, kiedy za oknem było jeszcze ciemno. Że na dworcu zbierała się nasza parafia — twarze znajome z kościoła, ale jakby odświętniejsze. Że w wagonie nie było śpiewu; był stukot kół i skupiona cisza dorosłych, którą jako dziecko odbierałem jako coś poważnego. I że Tata trzymał mnie za rękę i ani na chwilę nie puścił.
Dziecko nie zapamiętuje kazań. Dziecko zapamiętuje, że ktoś ważny był obok i nie odszedł. Że wiara to nie było coś, o czym się w domu mówiło od święta — to było coś, dla czego się wstawało przed świtem i jechało pół dnia przez Polskę.
Dziś wiem, że tam, na tej drodze, wydarzyło się dla mojej wiary więcej niż w niejednej sali wykładowej. Bo wiary nie da się przekazać samym słowem. Trzeba ją komuś pokazać — najlepiej będąc obok.
Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny
W Ewangelii Maryja, stojąc wobec czegoś, co ją przerastało, nie zaczyna od lęku. Zaczyna od dziękczynienia:
Wielbi dusza moja Pana i raduje się duch mój w Bogu, moim Zbawcy. Bo wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy (…). Gdyż wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny, a Jego imię jest święte (Łk 1,46-49).
To jest dokładnie ta sama nuta, którą usłyszeli moi Przodkowie w 1945 roku. Nie „dlaczego mnie to spotkało", ale „wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny". Nie dlatego, że było im lekko — właśnie dlatego, że było im ciężko, a mimo to żyli.
Wdzięczność nie jest zaprzeczeniem straty. Jest decyzją, żeby patrzeć dalej niż strata.
Osiemdziesiąty raz — 16 lipca
W tym roku wyruszamy 16 lipca — po raz osiemdziesiąty. Osiemdziesiąt lat: to więcej niż życie większości z tych, którzy jechali w 1946 roku. Ich już nie ma. Droga została.
Zmieniło się przez ten czas prawie wszystko. Kiedyś jeździliśmy pociągami — składami PKP, w których jechała nasza parafia. Dziś pod kościołem czekają autobusy. I dzieje się w nich coś, czego z tamtych wagonów nie pamiętam: śpiewamy. Tamta droga była cicha, ta jest głośna — a idzie w tę samą stronę.
Zmienił się środek transportu, zmieniły się ubrania, zmienili się ludzie. Nie zmieniło się jedno: po co jedziemy.
I to jest w tym wszystkim najbardziej zdumiewające: że ślub złożony przez ludzi w kufajkach, tuż po wojnie, przez ludzi, którzy nie mieli nic prócz tobołków i nadziei, wciąż niesie. Że wnuki i prawnuki tamtych wygnańców co roku znów wstają przed świtem. Nikt ich nie zmusza. Jadą, bo ktoś kiedyś obiecał — i bo w międzyczasie sami odkryli, że jest za co dziękować.
Bo pielgrzymka nie polega na tym, ile kilometrów przejdziesz własnymi nogami. Polega na tym, że wyruszasz — i że wyruszasz nie sam. Ostatni kawałek, spod autobusu pod szczyt jasnogórski, i tak każdy pokonuje o własnych siłach. Reszta drogi jest po to, żeby przez te kilka godzin pobyć razem i przypomnieć sobie, po co się jedzie.
A gdyby ktoś pytał, po co nam to po osiemdziesięciu latach — odpowiem tak: bo ktoś kiedyś pojechał podziękować za mnie, zanim się urodziłem. Wypada oddać.
Każdy z nas idzie jakąś drogą, której sam sobie nie wytyczył. Komu zawdzięczasz tę swoją — i czy zdążyłeś już za nią podziękować?
Zdjęcia: ikona jasnogórska — domena publiczna; pielgrzymi w drodze — Miłosz Sadecki (CC BY-SA 4.0); Jasna Góra — Dennis G. Jarvis (CC BY-SA 2.0).