Autor Paweł Landwójtowicz
Opublikowano 27.08.2026, 15:07
Pięćdziesiąta droga. Skąd pielgrzymka bierze moc przemiany serca
Kurz jeszcze na butach, a w uszach wciąż śpiew i rytm kroków. Wróciłem z Pieszej Pielgrzymki Opolskiej na Jasną Górę — pięćdziesiątej, jubileuszowej. W tym roku szedłem po raz pierwszy w strumieniu opolskim, w grupie pierwszej fioletowej, razem z ks. Tomaszem — wcześniej zawsze pielgrzymowałem z grupami szóstymi z Nysy. I znów, jak za każdym razem, wracam z tym samym pytaniem: co takiego jest w tej drodze, że potrafi zmienić ludzkie serce?
Pięćdziesiąt razy w drogę
Pięćdziesiąt lat. Pół wieku temu ktoś wyszedł z Opola pierwszy raz — i od tamtej pory ta rzeka ludzi płynie co sierpień w stronę Częstochowy. Zmieniały się czasy, buty i plecaki, doszły powerbanki i kremy z filtrem, a samo sedno nie zmieniło się wcale: człowiek zostawia dom, wygodę i codzienne role, żeby przez kilka dni po prostu iść.
Sam jestem częścią tej historii od dawna. Idę tą drogą od 1990 roku — od tamtych wakacji, kiedy postanowiłem wstąpić do seminarium duchownego w Nysie. Ta decyzja i ta droga są we mnie do dziś nierozłączne: pielgrzymka była pierwszym krokiem powołania. Potem, już jako wikary z Niemodlina, sam prowadziłem grupę — i patrzyłem, jak droga robi z idącymi to samo, co kiedyś zrobiła ze mną. Jubileusz skłania więc do wdzięczności podwójnie: za pokolenia, które przetarły ten szlak, i za tych, którzy szli w tym roku obok mnie — od dzieci w wózkach po tych, którzy pamiętają pielgrzymki sprzed dekad.
Po co człowiek wychodzi z domu
Idzie nas tylu — i chyba tyle samo jest powodów. Jedni niosą prośbę: o zdrowie dla bliskiej osoby, o pracę, o dziecko, o uratowanie małżeństwa. Inni dziękują. Jeszcze inni nie umieją nazwać, po co idą — wiedzą tylko, że nie mogli zostać. Psalmista ujął to jednym zdaniem, które mogłoby być mottem każdej pielgrzymki:
„Szczęśliwi, których moc jest w Tobie, których serce zamierza pielgrzymki" (Ps 84,6).
Serce „zamierza pielgrzymkę" zwykle wcześniej, niż nogi ruszą. Coś w nas dojrzewa, uwiera, domaga się drogi. I to jest pierwsza tajemnica pielgrzymowania: na pielgrzymkę się nie tyle idzie, ile się na nią odpowiada.
Niepokój, który wygnał mnie na drogę
Po tylu latach mógłbym pomyśleć, że wiem już o tej drodze wszystko. A jednak jest jedna pielgrzymka, którą pamiętam szczególnie — ta sprzed ośmiu lat. Rok wcześniej w Alpach zaginął ks. Krzysztof Grzywocz — kapłan, który dla wielu z nas, księży i nie tylko, był mistrzem słuchania i przewodnikiem po życiu duchowym. Miesiącami nie mogłem znaleźć w sobie pokoju. Modlitwa szła opornie, pytania „dlaczego?" wracały jak natrętna mucha. W końcu zrozumiałem, że z tym niepokojem nie da się siedzieć w miejscu. Trzeba było — po raz kolejny, ale jakby zupełnie na nowo — wyjść.
I stało się coś, czego się nie spodziewałem. Nie na początku drogi, nie na szczycie Jasnej Góry — ale w przedostatnim dniu, po drodze krzyżowej przed Wręczycą, przyszło ukojenie. Nie odpowiedź — ukojenie. Jakby ktoś w środku delikatnie rozprostował to, co było zaciśnięte. Do Częstochowy dochodziłem już z sercem, które przestało się szarpać.
Dziś, po latach, myślę, że to bardzo pielgrzymkowe: rozstrzygnięcia rzadko przychodzą tam, gdzie ich wypatrujemy. Przychodzą gdzieś po drodze, między jedną wsią a drugą, kiedy już przestaliśmy ich żądać.
Skąd droga bierze swoją moc
Jako terapeuta widzę w pielgrzymce rzeczy, które psychologia dopiero od niedawna umie nazwać. Rytm kroków wycisza — ciało w ruchu pozwala myślom osiąść jak mętnej wodzie. Prostota — jeden plecak, jeden cel, jeden dzień na raz — zdejmuje z człowieka nadmiar, w którym na co dzień tonie. Wspólnota — idziesz obok kogoś trzeci dzień i nagle rozmawiacie o rzeczach, o których nie mówi się nikomu. Zmęczenie kruszy maski; na dwudziestym kilometrze nikt już nie udaje nikogo.
Ale to wszystko nie wyjaśnia jeszcze przemiany serca. Jako ksiądz wiem, że jest i głębsza warstwa: Bóg ma szczególne upodobanie do spotykania człowieka w drodze. Abrahama powołał w drodze, Izraela prowadził czterdzieści lat, a zmartwychwstały Jezus dogonił uczniów właśnie wtedy, gdy szli — do Emaus. „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze?" (por. Łk 24,32). Pielgrzymka nie wytwarza łaski — ona tylko wystawia człowieka tam, gdzie łaska ma do niego najkrótszą drogę: między zmęczeniem a modlitwą, między jednym „Zdrowaś" a drugim.
A czasem — jak w tym roku — Bóg dorzuca jeszcze znak na niebie. Po deszczu, nad polami, stanęła tęcza: stary biblijny znak przymierza. Trudno o lepsze streszczenie pielgrzymki: idziemy przez deszcz i słońce, a nad tym wszystkim stoi wierność, która była pierwsza.
Dojść i wrócić
Na szczycie, u Matki, każdy zostawia to, co przyniósł. Ja zostawiłem wdzięczność — za pięćdziesiąt lat tej drogi i za te wszystkie moje drogi od 1990 roku, za grupę fioletową, która w tym roku przyjęła mnie jak swojego, za ks. Tomasza, za grupy szóste z Nysy, z którymi przeszedłem tyle wcześniejszych dróg, i za każdego, kto podał wodę albo dobre słowo.
Ale pielgrzymka nie kończy się na wałach. Najtrudniejszy etap zaczyna się po powrocie: przenieść tamten rytm, tamtą prostotę i tamto zaufanie w zwykły wtorek. Bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby raz w roku dojść do Częstochowy. Chodzi o to, żeby całe życie szło w dobrą stronę.
Zamiast wniosku — pytanie do ciebie
A ty? Co musiałoby się wydarzyć, żebyś wyszedł na swoją drogę — tę dosłowną albo tę w sercu? I czy jest coś, co twoje serce już od dawna „zamierza", tylko nogi jeszcze o tym nie wiedzą?
Zdjęcia: własne (tęcza nad trasą, wspólne zdjęcie na Jasnej Górze) oraz Pexels (licencja darmowa).
Tagi: pielgrzymka, Jasna Góra, Maryja, droga, przemiana serca
Przeczytaj także: